ADHD, a kontakty z rówieśnikami

ADHD, a kontakty z rówieśnikami



   Trzeba przyznać, że posiadając dziecko z ADHD należy się przygotować na wzloty i upadki. Trzeba się także przygotować na bunt nastoletni, który u adeciaków jest wprost proporcjonalnie nasilony przez dysfunkcje. 

   Jest trudno, jest zgrzytanie zębów, jest nieposłuszeństwo. Wszystko jest o wiele bardziej i o wiele mocniej. Na przykład przyjaźnie - jak już się nasz dzieć zakumpluje, to tak na amen, dla niego będzie to najważniejsza relacja w życiu. Mimo defektów (szczególnie gdy dochodzi zagrożenie niedostosowaniem społecznym) ten nasz szkrab będzie uważał swojego najlepszego przyjaciela na takiego na wieczność - niestety, jak wiemy takie znajomości nie zawsze są „Best Friends Forever".

   Wiele rówieśników nie rozumie właściwie, dlaczego nasze dziecko potrafi się zachowywać dziwnie, np. bić, uderzyć lekko, klepnąć (chociaż wcale tego nie chce, lub nie ma na myśli czegoś złego). Nie popieram oczywiście tego, ale należałoby w jakimś stopniu to zrozumieć i o ile my dorośli to rozumiemy - to już przyjaciel naszego dziecka z ADHD już nie i nie potrafi mu wytłumaczyć "Hej, to było złe, nie rób tego". I tutaj zaczynają się schody.

  Przyjaźń się kończy przez dziwne zachowanie naszego dziecka i dla niego jest to koniec świata. Żadne próby pogodzenia nie zdają efektu. Żadne rozmowy wielogodzinne nie są w stanie wytłumaczyć naszemu dziecku dlaczego się tak stało.

  DRUGA sytuacja, to rówieśnicy w szkole/ klasie. Oni też nie rozumieją, coś słyszeli, może rodzice im powiedzieli, a może nagadali bzdur. Idzie naprawdę zauważyć, z którym dzieckiem rodzice rozmawiają o akceptacji, o szanowaniu osób z defektami i jaki poziom wiedzy na ten temat jest przekazywany od rodziców i z placówki szkolnej. 

  Niestety duża część dzieciaków kompletnie tego nie rozumie, wyśmiewa, drwi, a czasem dochodzi do gróźb, podłych liścików, życzenia śmierci (niestety te wszystkie znam z autopsji). Dziecko z ADHD nie rozumie dlaczego jest wyśmiewane, dlaczego mu grożono, robi się mu na złość. To dziecko stara się zachować znajomych, zyskać przyjaciół, być w gronie, zaakceptowane. Bardzo często bywa odwrotnie. 

  Będąc rodzicem dziecka z ADHD trzeba się przygotować na podwójny wyrzut hormonów i nie dopuścić do depresji. Trzeba uważać na to, co mówią do niego rówieśnicy, dużo rozmawiać, bo nasze ADHD-ciaki mają duże predyspozycje do depresji i myśli samobójczych, z (pozoru dla nas) błahych spraw. 




Jak to masz czas dla siebie? Jesteś matką!

Jak to masz czas dla siebie? Jesteś matką!


Jestem matką odkąd pamiętam. Serio i wcale tutaj nie przesadzam. Zawsze wokół mnie były małe dzieci, którymi się opiekowałam. Były czasy, że od niemowlaków razem z mamą pilnowałyśmy moich kuzynów. Pomagałam mamie, przebierałam ich, karmiłam i chodziłam na spacery. Gdy byłam już trochę starsza zaczęłam się oferować kuzynkom czy ciociom, aby pilnować ich dzieci. I robiłam to za darmo. Czasami pilnowałam na noc, czasem były to spacery. Lubiłam to. Był we mnie jakiś taki dryg do dzieci, którego nigdy nie mogłam zrozumieć. Dość szybko też pojawiła się na świecie moja córka, bo miałam wtedy 17 lat. Tego dnia stałam się taką mamą naprawdę, nie mogłam oddawać po chwili dzieciaczka. Właśnie wtedy zmieniło się moje życie, ale wiedziałam już co robić, miałam dobry fundament i nie startowałam z brakiem podstawowej wiedzy dotyczącej pielęgnacji małych dzieci.

Dziś, mając już trójkę cudownych córek, każdy się mi dziwi, jak ja mogę znajdywać czas dla samej siebie. Często pytają mnie o to też kobiety, które mają jedno dziecko. Pytanie zawsze jest to samo.

"JAK TY TO ROBISZ?!"

Normalnie. Nie prowadzę żadnych organizerów dnia, pozwalam sobie bardzo często na spontaniczność, nie przejmuję się rzeczami nieistotnymi i takimi, które nie spowodują w moim życiu problemów. Przede wszystkim, nie mam kija w dupie. Mam jednak kilka sztywnych zasad co do dzieci, których muszą przestrzegać (czasem, gdy spontanicznie coś z mężem wymyślimy są im odpuszczane).
Nie przejmuję się tym, że coś leży albo, że pranie czeka, nie ściska mi dupy jak muszę pozmywać, bo mogę to zrobić później, to mi nie ucieknie. Mam po prostu czasem na to najzwyklej na świecie wyjebane. Nie oznacza to też, że panuje w moim domu bałagan. Kto mnie zna, wie, że zachowuję porządek i mam obsesję na tym, aby za dużo rzeczy na stole nie leżało, bo zaraz chodzę i sprzątam. Nienawidzę osyfionego stołu.

Nie dam Ci na to złotego środka, aby wygospodarować czas, mi przychodzi to naturalnie. Dodam też, że każde dziecko jest inne, jedne są bardziej wymagające, inne mniej i potrafią zająć się sobą jakiś czas. Ja spędzam w dzień czas z dziećmi, gdy tego chcą, oglądamy filmy, gramy w gry, na wyjazdach w aucie też gramy w przeróżne gry słowne. Jest też czas na to, że chcą najzwyczajniej w świecie pobyć same i ja im na tą samotność pozwalam. W tym czasie zajmuję się sobą, swoimi sprawami. Odpalę sobie serial, pogram, poczytam. Rozprostowuję nogi na kanapie, gdy najmłodsza śpi.

Córki jedzą kolacje o 18.00, chodzą się myć o 19.00, spać o 20.00. To nasz rytuał co wieczór. Czasami, gdy jedziemy gdzieś, jest im to odpuszczane, mają tak zwaną „labę". Uważam, że dzieci też potrzebują takich przerw od obowiązków.

„Ale co ze sprzątaniem zabawek? Ja ciągle chodzę i sprzątam po całym domu....”

Na chuj to robisz? Serio pytam. Na chuj? Mam zasadę - u mnie w pokoju zabawek nie ma, to nie pokój zabaw, dziecko ma swój pokój i tam też trzyma zabawki / bawi się (czasem i tutaj ustępuję, ale bardzo rzadko!). Sprząta także po sobie. Nie sprzątnie? Trudno, będzie w syfie aż się wkurzę. Wtedy właśnie wchodzi metoda na:


Nie muszę dodawać, że "żodna nie ryzykowoła" doliczenia do pięciu. Jeszcze nigdy nie doliczyłam przez 11 lat macierzyństwa. Gdy dzieci idą spać, ja nie prasuje, nie zmywam, nie myję podłóg, nie wpadam w szał, bo to musi być zrobione. Nie, zrobię to jutro w dzień, po drodze robią coś innego. Teraz jest czas dla mnie i koniec. Jak mąż bierze dzieci na spacer abym mogła odpocząć (co zdarza się w sumie rzadko, bo ma takie zmiany w pracy, że jak przyjeżdża to zazwyczaj po prostu gdzieś razem całą rodziną, wsiadamy w auto się "przejechać" albo idzie na nockę i w dzień robi jakieś prace typu naprawa itp) to ja wtedy nie sprzątam. Ja po prostu odpoczywam, odpalam serial i odpoczywam. Nie szukam sobie na siły pracy. Po co to sobie robić? Po co samemu doprowadzać się do zmęczenia psychicznego i fizycznego?

I nie, nie mówię, że nie mam obowiązków, bo mam ich od chuja przy trójce dzieci. Nie pomaga mi w tym nikt, mimo że mieszkam z teściami (od roku), bo po prostu pomocy nie potrzebuję, gdy potrzebuję to o nią proszę. Chcę Ci powiedzieć, abyś sama sobie pracy nie szukała, po co to sobie robisz? Po co zaprzątasz sobie głowę nieistotnymi rzeczami. Sama się tym wszystkim obarczasz. Karz mężowi wywiesić pranie i nie ściskaj dupy, że zrobił to krzywo, albo nie tak jak Ty to robisz. Wyschnie? Wyschnie. On chce umyć podłogę? Niech myje, niech odkurzy. Nie chodź i nie mów mu, że "daj, ja to zrobię, bo Ty....". Sama sobie tym wszystkim szkodzisz. To samo dotyczy dzieci. POZWÓL IM. Po prostu. Przestań zajeżdżać sama siebie. Innej rady Ci nie dam, bo nie mam. Doceniaj siebie i to, co robisz. Daj sobie odpocząć. Nie jesteś do chuja robotem.




* też mam ciężkie dni, też mam dni zawalone pracą i obowiązkami. Też mam czasem chore dzieci i brak totalnej siły na cokolwiek. Też jestem tylko człowiekiem. I Ty też masz prawo być zmęczona!
It's a girl! - czyli będzie trzecia córka

It's a girl! - czyli będzie trzecia córka


Będzie córka. Trzecia. Wow. Szczerze powiedziawszy, spodziewaliśmy się syna, w sumie dlatego zdecydowaliśmy się na kolejne dziecko — nie będę ukrywać, ale powiem szczerze, że już się z tym oswoiłam. 
Nie, żebym była rozczarowana, czy zawiedziona — absolutnie nie. Szczerze mówiąc, aż mnie to rozśmieszyło, gdy dopiero w 22 tygodniu się o tym dowiedziałam. Dlaczego tak późno? Bo szybciej nie można było określić płci, nawet na 4D. No nie chciało się ujawniać i koniec, taka wstydliwa bestia.

W sumie to było coś w ten deseń, że wszyscy wokół mi wmawiali, że może teraz syn będzie, że na bank będzie syn. A ja gdzieś tam wewnętrznie czułam, że to będzie córka. Znacie to uczucie? Coś Ci mówi, że to jednak będzie tak. I się sprawdziło. Nie wiem, jak to działa, ale się sprawdziło.

Powiem szczerze, że ta ciąża jest zupełnie inna od poprzednich dwóch. Nie ma co porównywać. Na początku schudłam kilogram, jak na razie nie jest źle, bo przytyłam 5-6 kg od początku, a jestem w 28 tygodniu. Przy obu poprzednich córkach tyłam w ciąży nawet 25kg, a na tym etapie już było około 15kg na plusie, więc uważam to za osobisty sukces.

O dziwo, czego najbardziej się spodziewałam i już byłam przygotowana, to nerki — przy obu ciążach po prostu mi siadały, filtracja szła się kochać, a co za tym szło, dostawało się zapalenie, hospitalizacja, leki i takie tam. A teraz jak na razie jest dobrze i działają. Wyniki są dobre.

Co się nie zmieniło? Puchnięcie i zatrzymywanie wody w organizmie. Wyglądam, jakbym przytyła dość dużo, bo zatrzymuje mi się woda, wszystko mi puchnie i siada kręgosłup. Musiałam zrezygnować z pracy już, bo nie dawałam rady, przez to się szybciej męczę. Nic na to nie poradzę, leżę z nogami u góry, gdy mam okazję, by je odciążyć.

No i kolejna różnica to taka, że młoda od początku ciąży jest ułożona tak, że pupą i nogami robi sobie maratony na moim pęcherzu, a głowę ma gdzieś w okolicy żołądka, więc super impreza. Mam nadzieję, że się obróci niebawem, bo słabo to widzę. Nie po drodze mi z cesarką, serio, podziwiam kobiety, które się na nią decydują dobrowolnie. Szacun.

No i ta zgaga. Boże, kto to wymyślił. Od początku ciąży mnie męczy. Spać nie mogę, utrudnia mi funkcjonowanie. Na razie zlokalizowałam kawę, jako zapalnik, ale po odstawieniu, nadal coś ją powoduje. Nie jest już taka uciążliwa, ale nadal coś ją powoduje. Nie objadam się, staram się jeść mniej, a częściej, staram się jeść zdrowo, a przynajmniej trzymać zbilansowaną dietę, bez jakichś restrykcji. Są dni, że jej nie ma, a są takie, że muszę się zatrzymać, jadąc samochodem, bo mnie tak pali, że nie daje mi się skupić.

Co ciąża, to każda inna, a ta sama kobieta. Wiadomo, że każde dziecko też jest inne i nie ma co porównywać. Nasz trzecia córka to leniuszek i rzadko wykazuje jakąś super aktywność w brzuchu, aż się czasem boję, ale wiem, że rośnie zdrowo i nic się tam nie dzieje. Także — kurcze, trzecia córka. W sumie mam już wprawę, ale czego się boję? 

Trzy razy dojrzewanie, pierwsze okresy, wizyty u ginekologów, bunty, złamane serca, podpaski, zajęta toaleta, kłótnie o ciuchy. Mimo różnicy wieku, to i tak mnie zaleje, jak tsunami. Życzę sobie powodzenia, dam radę!



Torba do szpitala - co spakowałam? + checklisty do pobrania

Torba do szpitala - co spakowałam? + checklisty do pobrania



W życiu ciężarnej kobiety przychodzi taki moment, że już powinna, chociaż zacząć myśleć o wyprawce, a konkretniej o spakowaniu się do szpitala. O ile torba do szpitala jest rzeczą sporną, to dobrze coś jednak wziąć. Zazwyczaj zależy to od szpitala, jego asortymentu i czy coś oferują rodzącej. Warto najpierw rozeznać się w szpitalu, w którym będziesz rodziła i popytać pielęgniarek, co masz ze sobą wziąć.

Mimo że rodziłam już dwukrotnie w tym samym szpitalu, to po sześciu latach, jednak człowiekowi gdzieś tam umyka, co potrzebuje do szpitala i zastanawiałam się, jak zmieniły się standardy. Popytałam koleżanek i okazało się, że nic się tam nie zmieniło, jeżeli chodzi o wymagania od ciężarnej, ponadto mój szpital ma na swojej stronie internetowej, co ciężarna może ze sobą zabrać i, mimo że kilku punktów jak pampersy nie ma — to warto je mieć. Bardzo sobie chwalę oba pobyty, a było to 11 i 6 lat temu. Matko, kiedy to było. Jedyne czego tam nienawidziłam, to był ordynator, straszny cham — na szczęście teraz już go tam nie ma.

Jestem w 27 tygodniu, ale już teraz wolałam się spakować, bo wiem, jak to wyglądało, gdy rodziłam latem ostatnie dwa razy i wiem też, że nie będę miała ani siły, ani ochoty na pakowanie, schylanie, kucanie, składanie, prasowanie i inne takie. Wolę mieć torbę spakowaną i niech sobie w szafie leży i czeka.


Jeść nie chce, prądu nie pobiera.


Jak już wspomniałam, lista do szpitala jest dość kwestią sporną, sama patrząc na listy w internecie, zastanawiałam się, po co mi tego tyle dźwigać, że połowy nie użyje, na co i po co mi to. Jestem chyba też trochę starej daty, bo jak patrzę, co matki kupują, to się zastanawiam, jak ja wychowałam bez tych rzeczy moje dzieci?

Zrobiłam zatem taką swoją checklistę, którą możesz sobie pobrać, ewentualnie sobie coś dopisz według upodobań. U mnie jest to dość okrojona wersja, bo dużo mi nie trzeba, nauczona poprzednimi porodami. Ewentualnie inne rzeczy potrzebne, co by dużo nie dźwigać, może dowieść ktoś z rodziny, więc nie spinaj się, jeżeli czegoś zapomnisz. Kliknij napis, aby pobrać listę, którą chcesz. Mam dwie — dla mamy do szpitala oraz dla dziecka, są w formacie pasującym do kartki A5, czyli kartka zeszytu.






Jeżeli chodzi o firmy, to niestety Ci nie powiem, jakie kupować, o tym sama zadecyduj, bo ja nie jestem ani alfą, ani omegą, aby za Ciebie decydować. Sama po tych sześciu latach ufam swojej intuicji, po prostu. I nie ukrywajmy — dużo do powiedzenia mają tu także ceny. Patrzę czy coś jest dobre i tanie, dziecko nie musi nas kosztować majątek, a to tylko wyprawka do szpitala. 

Tak samo, jeżeli chodzi o ciuszki dla dziecka, najlepiej wziąć takie, których już nie będzie Ci żal, bo mogą się ostro zapaskudzić w szpitalu, nie bierz nowych, najlepiej jakieś używane, odkupione, czy nawet z lumpeksu. Serio, dziecko nie potrzebuje w szpitalu być wystrojone, jemu wszystko jedno. Ty też nie potrzebujesz najdroższych koszul, to i tak się zniszczy i kasa pójdzie w błoto. Ważny jest tutaj komfort Twój i dziecka. 

Mogę Ci doradzić jedynie, żebyś pakując się do szpitala, zrobiła to dość logistycznie, abyś nie musiała wszystkiego szukać w popłochu i aby pielęgniarka wszystko znalazła, gdy na świecie znajdzie się Twój potomek. 

Ja ubranka dla dziecka posegregowałam, włożyłam do woreczków i opisałam karteczką. Na przykład pierwsze ubranko po porodzie z karteczką, że właśnie to jest to ubranko, które ma założyć pielęgniarka. Opisałam także ubranko na wyjście (chociaż tego pakować nie musisz, to może dowieźć Ci partner, ja jednak wolałam, bo kto wie, czy w tym popłochu mój luby to zabierze). Wszystko ułóż tak, aby było, jak najbardziej sprawne dla Ciebie i pielęgniarek, lub Twojego partnera.

Powodzenia! 



Dlaczego nas nie było i czym zajmowałam się tyle czasu?

Dlaczego nas nie było i czym zajmowałam się tyle czasu?


Jak zauważyłaś, od jakiegoś czasu nie jestem jakoś super aktywna w internecie. Powstrzymałam się od pisania postów na obu blogach, nie nagrywałam także na youtube, czasami się odzywałam, ale też nie jakoś super często, a wręcz były miesiące, gdy nie pisałam kompletnie nic. To wszystko przez pewne zdarzenia w moim życiu, które przeważyły, wszak nie samym internetem człowiek żyje, a realność jest teraz bardzo w cenie. Trzeba doceniać każdą sekundę życia. Opowiem Ci zatem, co tam u mnie się zmieniło. Zasiądź wygodnie, jeżeli jesteś ciekawa.


Wszystko zaczęło się rok temu, około czerwca, może lipca. Wtedy zadecydowaliśmy o przeprowadzce. Nie daleko, ale jednak to zmiana miejsca, mieszkania. Trzeba było zacząć wyrzucać zbędne balasty z życia, które tylko zaśmiecały logistykę. W międzyczasie przedszkole młodszej i szkoła starszej, moja i męża praca. Trzeba było to po prostu jakoś pogodzić, aby nie wyszło chaotycznie. Planowaliśmy przeprowadzkę na koniec sierpnia, początek września, ale wyszło, jak wyszło. Pojawiło się kilka problemów z właścicielem i remontem mieszkania, w którym mieszkaliśmy, o czym mogliście przeczytać wówczas na fanpage i tak oto przeprowadziliśmy się dopiero pod koniec września.


Po przeprowadzce, jak każdy się domyśla — zaczęło się rozpakowywanie, układanie, w międzyczasie prace, szkoła starszej, bo już zrezygnowaliśmy z przedszkola młodszej z racji tego, że zyskała przy przeprowadzce opiekę w postaci dziadków i placu zabaw w postaci podwórka. Szło to dość mozolnie, ale przynajmniej jeszcze miałam czas na selekcję reszty balastu, który uznałam za niepotrzebny. Kto w domu ma „przydasię” wie, o czym mówię, zawsze mamy takie pierdoły, które kiedyś użyjemy, a i tak leżą i ich nie używamy. Bez sentymentu takie po prostu wywaliłam. Łącznie z małymi ubrankami, nosidełkami, huśtawkami i wózkami po córkach. Zajęło mi to wszystko czas do grudnia. Serio.

W grudniu dopadła nas niespodzianka, planowana co prawda, ale nie spodziewaliśmy się, że tak szybko uda się ją zrealizować. Spadło to na nas z zaskoczenia, ale niesamowicie nas ucieszyło. Otóż zaszłam w ciążę. Mąż dowiedział się w święta, ja lekko przed. Minęły święta, nowy rok. Zaczęły się badania, chodzenie po lekarzach, ja nadal chodziłam do pracy. Zdążyłam zdać prawo jazdy, ułożyć kilka spraw. Wszak nowe dziecko przewraca poukładany świat, po 6 latach do góry nogami. Mamy maj, jestem już pod koniec 6 miesiąca ciąży, dopadł mnie teraz szał wyprawkowy. Także wybaczcie mi moją ciszę, ale jak widzicie-dużo się działo. I będzie dziać, oj będzie. Planujemy na lato remont w pokoju, termin mam na połowę sierpnia. Byle do przodu! Będzie dobrze. Mam nadzieję, że rozumiecie. A czemu nie chwaliłam się szybciej? A po co miałam? To moje życie prywatne i to ja decyduję o dogodnym momencie, kiedy i czy w ogóle będę się dzielić nim ze światem, prawda?


Dziennik motywacyjny - aby zmotywować dziecko do nauki!

Dziennik motywacyjny - aby zmotywować dziecko do nauki!


Będąc rodzicem dziecka z defektami, zastanawiasz się często jak mu pomóc. Nawet jeżeli te defekty nie są skutkiem ADHD, czy innych chorób. Czasami dzieci są nad wyraz roztrzepane, zapominalskie, brak im motywacji i mają niechęć do nauki — dokładnie znasz te sytuacje, gdy masz dziecko.

Moja najstarsza latorośl niestety należy do grupy dzieci, które z nauką są na bakier, w każdym tego słowa znaczeniu. Nie lubi się pakować, przygotowywać, a odrabianie lekcji jest istną katorgą. Najgorszą z kar (nie licząc sprzątania pokoju).

Znalazłam zatem sposób, aby tę naukę oraz wszystkie obowiązki, które temu towarzyszą umilić również, gdy jest już w szkole tj. koncentracja na lekcji, odpowiednie zachowanie, praca na lekcji i aktywność. Wraz z psychiatrą ustaliłyśmy zgodnie, że dziennik motywacyjny jest najlepszą metodą (ciekawostka: taki zeszyt jest dobry dla każdego dziecka, które nie są zmotywowane do nauki).


Całość jest banalnie prosta. Pierwsze co musisz zrobić to zakupić zeszyt, następnie ustalić, za co Twoje dziecko ma otrzymywać punkty, po jednym za etap, w którym ma problemy, na przykład odrobienie prac domowych czy przygotowanie do lekcji (wszystkie książki, zeszyty, materiały itd...). 

Zasady są proste, na każdej lekcji nauczyciel przydziela punkty według wskazań. Jeżeli Twoje dziecko na KAŻDEJ lekcji w danym dniu otrzyma maksymalną ilość punktów — otrzyma od rodziców nagrodę. Może to być np. 1h na komputerze czy dowolna mała rzecz, na której dziecku zależy ale z racji obowiązków lub złego zachowania nie otrzymuje. 

Jeżeli nie otrzyma z KAŻDEGO przedmiotu maksymalnej ilości punktów, to tej nagrody nie ma, ale jest pochwała od rodzica, za starania i pracę włożoną za każdy zdobyty punkt. 

Tu chodzi przede wszystkim o motywację, brak dołowania. Nie chodzi o to, że: 

O, brakuje Ci jeden punkt, mogłeś postarać się bardziej, dziś nagrody nie będzie". 

Nie o to chodzi. W tym przypadku także jest nagroda, w postaci dopingu, tj.:

Super! Tylko jeden punkt dziś Cię dzielił od nagrody! Oby tak dalej, świetne postępy robisz! Jestem dumna!".


Ważna jest bardzo aktywność nauczycieli i ich wkład w to, dzięki temu będziesz wiedzieć, czy nauczyciele współpracują z Tobą i Twoim dzieckiem, czy jednak są niekompetentni i mimo wszystko lecą ustalonymi ramami MEN. W tabelkę każdego dnia zapisujemy: przedmiot, uwagi (jeżeli nauczyciel jakieś ma), liczba punktów uzyskana na tej lekcji i podpis nauczyciela, który lekcję prowadził. Dzięki temu nie dość, że będziesz na bieżąco co dzieje się z Twoim dzieckiem i jak się zachowuje na poszczególnych lekcjach, to jeszcze zmotywujesz je do dalszej pracy.



Jak uratować włosy lalek?

Jak uratować włosy lalek?


Jesteś mamą dziewczynki, która uwielbia lalki? Myślę, że zainteresuje Cię mój post. Patrząc dziś na lalki moich córek, zastanawiałam się, jak je uratować przed „śmiercią śmietnikową” i dać im drugą szansę.
ADHD - farmakologia i psychoterapia behawioralna

ADHD - farmakologia i psychoterapia behawioralna



We wcześniejszych wpisach mówiłam o tym, co robić, gdy dowiesz się, że Twoje dziecko ma ADHD (klik), terapie i co dalej z tym zrobić (klik), jakie są mity i prawdy na ten temat (klik), jak nauczyć ADHD-wca wykonywać polecenia (klik) oraz jak postępować z dzieckiem mającym ten deficyt (klik). Dziś zajmę się pogłębieniem tematu terapii i farmakologii (jeżeli taka jest konieczna), ponieważ nie dość wyczerpałam ostatnio temat, gdyż sama byłam dopiero na tej ścieżce. Dziś już jestem doświadczona w tej kwestii, tak w sumie mi się wydaje, ale postaram się wyjaśnić na swoich przeżyciach.

Jak pisałam wcześniej, najpierw czeka Cię mnóstwo spraw, jeżdżenia po poradniach i uzbrojenie się w wielkie zapasy cierpliwości. Gdy już deficyt zostanie zdiagnozowany przez psychiatrę, może on (ale nie koniecznie!) zaproponować terapię farmakologiczną. Tak naprawdę jest to zależne, jaki stopień deficytu i jak bardzo jest on pogłębiony oraz od wielu innych czynników, jak na przykład problemy wychowawcze z dzieckiem, zachowania opozycyjno-buntownicze albo bardzo duże zachwiania koncentracji. 

U nas o farmakoterapii zadecydowały właśnie zachowania OB oraz bardzo duże deficyty koncentracji. Jako że córka „przygodę” zaczynała, otrzymała na próbę najniższą dawkę leku Concerta 18mg. Jest to lek, który poprawia właśnie koncentrację, poprawia pamięć i lekko wycisza umysł, aby się nie rozpraszała w szkole z każdym szurnięciem zeszytu, czy zgrzytu ołówka osoby w ławce obok. Jest to lek o przedłużonym uwalnianiu, co oznacza, że działa on przez 12h.

Na początku otrzymywała go tylko w dni nauki szkolnej, z wolnymi weekendami oraz świętami. Niestety skutkowało to tym, że jej koncentracja i zachowanie przybierały formę sinusoidy, były niestabilne, co tak naprawdę odbijało się na nauce podczas dni szkolnych. Trwało to kilka miesięcy. 

Na kolejnej wizycie opisałam jej zachowania, wahania nastrojów i sinusoidę koncentracyjną. Miałam podawać jej ten lek, bez względu na święta czy weekendy. Tak sprawdzałyśmy lek kolejny miesiąc. Niestety agresja pozostawała taka, jaka była, zachowania opozycyjno-buntownicze, zamiast maleć — narastały, jakby leku nie brała, a jedynie koncentracja była małym, ale nie do końca — sukcesem. 

Muszę oczywiście tutaj także wspomnieć o bardzo ważnej jak nie najistotniejszej kwestii — terapia behawioralna. Należy się stosować do zachowań, postępowania z tym dzieckiem, o czym pisałam w poprzednich postach, sam lek nie „załatwi sprawy” i spokój. Lek nie oznacza końca terapii i nie zwalnia rodzica z obowiązków. Nie oznacza, że sprawa już załatwiona i magiczna różdżka zacznie działać. Lek jest tylko i wyłącznie pomocą.

Następnie otrzymałam receptę na lek dodatkowy, o krótszym działaniu (około 8h) i miał on pomagać tylko w te dni szkolne. A więc (nie zaczyna się zdania od „a więc”, ale ja lubię łamać zasady) córka stosować miała codziennie Concerta 18mg, czyli jedną kapsułkę, oraz Medikinet 10CR jedną kapsułkę w dni nauki szkolnej. Recepta została wypisana tylko na jedno opakowanie, aby po prostu sprawdzić reakcję organizmu na nowy lek. Niestety, problem jest taki, że córka go brać nie może, nie z przyczyn biologicznych, a złośliwości losu. Lek ten jest dosłownie w tym momencie jak biały kruk. Przejeździłam wiele aptek, nawet do 30 km poza miejsce zamieszkania, zamawiałam go, czekałam 2 tygodnie, niestety apteki rozkładają ręce — w hurtowaniach są braki, nie idzie zdobyć leku. 

Aktualnie podaję jej (za konsultacją psychiatry oczywiście!!) podwójną dawkę Concerta 18mg, czyli razem 36mg w dni nauki szkolnej, a w weekendy i wolne dni jedną kapsułkę. Jest poprawa i muszę to „głośno” napisać. Wzbraniałam się rękami i nogami na farmakologię, lecz niestety tutaj wygrała. Leki bardzo pomagają.

Od razu tutaj zdementuję mity i plotki — córka nie jest otępiona, jak to zazwyczaj się myśli w pierwszej chwili, gdy ktoś te leki proponuje. Jedynym minusem i działaniem niepożądanym w tym momencie jest lekkie obniżenie apetytu. Na początku brania leku, zazwyczaj w pierwszy miesiąc występować może, ale nie musi rozładowywanie, organizm się musi przyzwyczaić. Chodzi o to, że gdy lek „schodzi” po tych 12 h, to cały stres dnia po prostu uderzy w jednej chwili i może wystąpić wybuch płaczu z niewiadomego powodu, z czasem nie jest to już tak zauważalne, aż w końcu ustępuje i nie ma tak zwanej przepaści między lekiem, a jego schodzeniem. 

Córka lepiej się koncentruje, wykazuje chęci do pracy (chociaż nadal są problemy z tym), nie spóźnia się specjalnie na zajęcia i nie kłamie już na temat prac domowych, stara się zapisywać każdą pracę domową, lecz tutaj też są jeszcze problemy, ale tutaj zostali poproszeni nauczyciele, aby tego pilnowali, a w razie potrzeby sami zaznaczyli (to, że nie wszyscy się do zaleceń stosują, na chwilę obecną przemilczę, długi temat). Także jest spora poprawa, widzę światełko nadziei. To tyle, jeżeli chodzi o sprawy terapeutyczne, w następnym poście opiszę wszystko, co dotyczy starania się o orzeczenie lub ścieżkę kształcenia zindywidualizowanego, ale jak narazie jestem na tej drodze starania się i gdy już wszystko będę mieć "pod klucz" - napiszę post, aby Wam pomóc. 
List otwarty do osób, które ADHD nie doświadczyły, a powielają stereotypy.

List otwarty do osób, które ADHD nie doświadczyły, a powielają stereotypy.



Cześć czytelniku,

Piszę do Ciebie, ponieważ muszę Ci się wygadać, chodzi głównie o to, jak ludzie postrzegają ADHD, szczególnie osoby, które gdzieś tam kiedyś „coś słyszały”, ale nie mają większego pojęcia z czym „się to je” i jak wygląda, inni zaś twierdzą, że to nie istnieje, bo osoba, która to wymyśliła, przyznała się do tego, że takiej choroby nie ma. Słowem mówiąc — nie mieli do czynienia, a powielają stereotypy. Chciałabym więc przedstawić, jak to wygląda, z poziomu matki, której dziecko, zostało zdiagnozowane i o tym, jakie jest życie z ADHD-ciakiem.

Zacznijmy zatem od tego, co popularne, a więc: ADHD NIE ISTNIEJE.


Istnieje, nie jest to jednak choroba, jak niektórzy twierdzą, jest to defekt, lub zespół defektów. Tak naprawdę każde dziecko jest inne i nie ma jednej ogólnej opinii, są dzieci nadpobudliwe ruchowo, dzieci z defektem koncentracji, albo tym i tym. Niektóre dzieci do ADHD mają w pakiecie Aspergera lub Touretta itp. U nas tego nie ma. Jest defekt koncentracji oraz zachowania opozycyjno-buntownicze. Nie ma tu nic wspólnego z lenistwem dziecka lub większymi potrzebami ruchu. Ten stereotyp możecie wyrzucić do kosza.


Obalmy zatem kolejny: To dziecko ciągle biega, jakby miało ADHD.

To najbardziej mnie rozwala, szczególnie z ust starszych babć. Dziecko, które sobie radośnie biega, bawi się, jest ruchliwe — nie ma ADHD, to zupełnie dwie różne sprawy. ADHD-ciak nie może utrzymać się w miejscu, ciągle się wierci, macha nogami siedząc na krześle, nie może skupić się na jednej rzeczy, bawiąc się, robi wszystko i nic, zaczyna jedno, robi drugie i nigdy nie kończy tego, co zaczęło. Jest też w drugą stronę — jest hiper skupione i ma tak zwane zawieszki i nie interesuje się niczym innym wokół.


Jesteś po prostu leniwą matką, dlatego Twoje dziecko tak się zachowuje.

Z chęcią pokażę Ci, jak wygląda życie z dzieckiem posiadającym ADHD. Powiedz mi tylko, kiedy możesz zarezerwować wolne dwa tygodnie, ponieważ po zaledwie kilku, nie będziesz w stanie tego ocenić. Po pierwsze jest to skrzętny plan dnia, którego musimy przestrzegać, inaczej wszystko się posypie, ciągła uwaga, pomoc przy lekcjach przez nawet kilka godzin, bo dziecko nie potrafi samodzielnie napisać jednego płynnego zdania. Nie mówiąc o opisie np. wycieczki, czy zwykłego zaproszenia. Do tego liczenie i nauka języka obcego, gdy jeszcze ojczysty sprawia wielkie problemy. Ciągłe użeranie się, opanowywanie emocji, nerwów, buntu dziecka, próba namówienia na jakiekolwiek prace domowe. O budzeniu do szkoły i zmuszenie do ubrania się już nawet nie wspomnę. Jest tego naprawdę wiele. To, co dla Ciebie jest naturalne, u nas to walka dnia codziennego. Nie jest to wina braku umiejętności wychowywania, braku kontroli nad dzieckiem czy błędów wychowawczych. Nie jest to nawet wina genów. Tak naprawdę nawet naukowcy nie wiedzą, jakie są powody ADHD.


Twoje dziecko jest upośledzone/psychicznie chore, bo ma ADHD

Nie, moje dziecko nie jest psychicznie chore, bo ma ADHD, korzystanie z porad psychologów i psychiatrów nie oznacza choroby psychicznej. A badania są po to, by zrozumieć, jaki defekt ma dziecko i z czym ma największe problemy, aby najlepiej dobrać terapię.


Współczuję Ci, Twoje wnuki też będą na to cierpieć. Skąd Twoje dziecko to ma, Ty, czy ojciec dziecka?

Po pierwsze, ustalmy jedno — ADHD nie jest dziedziczne i ani rodzice, ani dziadkowie, ani nawet wnuki nie będą miały ADHD poprzez dziedziczenie. To są defekty, które ustala się wraz z rozwojem dziecka, zazwyczaj w okresie szkolnym, ponieważ szybciej jest nikła szansa, aby takie rzeczy diagnozować.

Pewnie w ciąży piłaś, paliłaś, wyrzekłaś się dziecka itd.... - dlatego masz teraz karę za swoje zachowanie.

Szczerze? Gorszej bzdury nie słyszałam. Jak żyję, takich farmazonów nigdy nie słyszałam. Co ma piernik do wiatraka? A więc idąc tym tropem, czym zawiniłam, nie paląc, nie pijąc i dbając o dietę w ciąży? Chyba tylko tym, że mimo namowom ludzi z racji młodego wieku, dziecka usunąć nie chciałam i podjęłam się wychowania.



Niestety wiele dzieci posiadających ADHD, doświadcza właśnie przez stereotypy bardzo złych interakcji od rówieśników i starszych dzieci. Dlaczego? Przez niewiedzę i gadanie głupot ich rodziców, którzy nie rzadko pomawiają, nakłaniają wręcz aby się z takim dzieckiem nie bawić, jakby bali się, że zarazi się tym ich dziecko. Traktują z góry, jako gorsze.

Co gorsza, tacy rodzice nawet się z tym nie kryją, zaprowadzając do szkoły dziecko, słyszałam już „Nie baw się z nią, ona jest chora, jest inna, jeszcze Cię czymś zarazi". Albo bardziej wprost do mnie: „Współczuję Pani tak niewychowanego dziecka, powinna Pani się przyłożyć do wychowywania, strasznie rozpuszczone dziecko". I właśnie poprzez głupotę innych rodziców, my, rodzice ADHD-ciaków mamy jeszcze ciężej.

Nasze dzieci płaczą po nocach, tracą pewność siebie, czują się odrzucone, bo nie rozumieją tego. Zdarza się także, że dzieci z ADHD są po prostu przez inne dzieci bite. A szkoła z tym nic nie robi, bo nawet niektórzy nauczyciele, nie są w stanie zrozumieć „działania” dzieci z ADHD. A całą winę zrzucają na rodziców.


ADHD - terapie i co dalej?

ADHD - terapie i co dalej?


Masz dziecko, u którego już zdiagnozowano ADHD, kazano Ci się skierować do poradni, tak pięknie zwanej „Centrum Zdrowia Psychicznego” i w głowie kłębią Ci się myśli, widząc tę niewdzięczną nazwę: „czy moje dziecko jest nienormalne?!".
Mam horom curke, dej mi.

Mam horom curke, dej mi.





Musiałam poczynić post w tym kierunku, bo obserwując, co się dzieje, mam wrażenie, że wraz z nową technologią ludzie zamiast być mądrzejsi, to idiocieją. Nie wiem, czy wpływ ma na to technologia, która zaczyna myśleć za nas, ludzi, czy po prostu selekcja naturalna gdzieś nie pykła i zostały się jednostki skretynienia.

Ostatnio przeczytałam posta, który tchnął mnie tak naprawdę do wyjaśnienia sytuacji, która się ostatnio dzieje. Zauważyliście pewnie, że od jakiegoś czasu, długo dość szczerze, modne są MaDki i ich Świeżaki, ale nie tylko to, chodzi o te matki, które robią rażące błędy ortograficzne, stylistyczne, czy nawet po prostu nie wykazują się rozumem. 

Wracając do pierwszego zdania: przeczytałam posta, w którym mniej więcej chodziło o to, żeby się nie śmiać z matek, które proszą o coś dla dziecka, bo chore dzieci, bo muszą tyrać, aby coś ugrać, przy licznych operacjach, terapiach i leczeniach dzieci. Wiecie co? Autorka tekstu nie rozumie idei maDek, kompletnie. Nie wie, o czym pisze, ale pisze, bo fejm się zgadzać musi, bo temat chwytliwy. Nie wiem, jaki był jej zamiar, ale nie udało się jej. Napisała o czymś kompletnie innym. 

Dlatego powstał ten tekst, żeby wyjaśnić wszystkim, o co tak naprawdę chodzi z MaDkami, Świeżakami i tego podobnych znaczeniach. Dlaczego jest z tego taka wielka beka i czemu stało się to takie wyśmiewczo popularne?

Tu nie chodzi kompletnie o kobiety, które walczą z codziennością, o swoje dziecko, o matki, które z dnia na dzień muszą się zastanawiać, czy ich pociecha będzie miała dość siły i czy znajdą się pieniądze na rehabilitacje, potrzebne sprzęty i leki. Wcale o to nie chodzi, nie mylcie więc tych dwóch przypadków, za chwilę powiem dlaczego, wtedy zrozumiesz — taką mam nadzieję.



Różnica między tymi maDkami a matkami jest taka, że o ile te pierwsze mózgu nie mają, to te drugie jak najbardziej posiadają. Mają też pokorę i chęć samodoskonalenia, gdy te pierwsze kompletnie nie dają sobie wmówić swojego kretyństwa. 

MaDka, to taka, która za cholerę nie wie, czym jest szkoła, lekcje języka polskiego omijała szerokim łukiem, a słownik w telefonie czy w laptopie na pewno kłamie, gdy zaznacza na czerwono błędne słowa. One wiedzą lepiej. Najbardziej kocham tłumaczenia, że „pisalam sypko przestan sie mnie czepiac poczebuje cos to sie nie wpierdalaj” - pisownia oryginalna. 



Serio? To nic. MaDki to też cwaniaki i żebraki internetowe, którym wszystko się należy, bo mają dzieci, bo są biedne (umysłowo chyba najbardziej) i przede wszystkim wyczaiły poziom wyżej: mają „hore curki". Często też, gdy się im odmówi biją taką agresją, że gdyby mogły, zeżarły by. Wyzwiska, groźby, to cos co jest na porządku dziennym. Ja śmiem twierdzić, że mają chore głowy. Nie córki. Nagle większa część społeczeństwa ma chore córki, kurcze, wysyp jakiś, same chore dzieci się rodzą. 

Szału na Świeżaki tez nie rozumiem. MaDki potrafią sobie oczy wydrapać i połowę chałupy wyprzedać, byleby mieć szmacianą maskotkę, która w przeliczeniu w Biedronce nie jest za darmo, a za 2100 zł ! Kretynizm. Serio, jak chcecie mieć te warzywa, wejdźcie sobie na Aliexpress i kupcie, kosztują tam około 3 do 10 dolarów. Są identyczne, bo Biedronka na pewno się u nich zaopatruje, nawet metki mają takie same, tak samo się zwą, tyle że na Aliexpress metka jest po angielsku.





Matki, które naprawdę potrzebują pomocy, które walczą z każdym dniem, nie proszą w internecie, by oddać wózek za darmo, by ubranka im dac za darmo, bo się im należą ze względu na chore dziecko, nie są roszczeniowe, znają podstawy języka ojczystego i przede wszystkim mają pokorę w sobie, zwyczajnie im wstyd prosić ludzi o pomoc, po tym, co przeszły sa bardzo silne psychicznie i wiedzą gdzie szukać pomocy. Naprawdę bardzo trudno im przychodzi proszenie ludzi o pomoc. A przez takie MaDki cwaniaczki, żebraczki, kretynki (zwał jak zwał) mają taką pomoc ograniczoną, bo ludzie przestają wierzyć, wierzyć w to, że ktoś naprawdę jest potrzebujący, ponieważ coraz jest więcej cwaniactwa. 



Wiem, że nie opisałam wszystkich przykładów, ale podałam te najważniejsze. Mam nadzieję, że dość zrozumiale, jeżeli czegoś zapomniałam, proszę o wypisanie w komentarzu, z chęcią przeczytam.
Propozycja prezentów na Dzień Ojca

Propozycja prezentów na Dzień Ojca


Niedawno obchodziliśmy „Dzień Matki”, to bardzo emocjonalne święto, przynajmniej dla mnie. Nie mniej ważnym dla mnie świętem jest Dzień Ojca, bo to także zasługa ojców, że wyrastamy na takich ludzi, jakimi jesteśmy dziś. Ważne jest dla mnie, aby moje dzieci zdawały sobie z tego sprawę, dlatego także uczę córki, aby ten dzień celebrować.
Dasz? Nie, spierdalaj !

Dasz? Nie, spierdalaj !



Żyję na tym świecie już 26 lat, z czego 4 lata już poświęcam się (chociaż nie, to nie poświęcenie, to pasja) blogowaniu. Przez te cztery lata mojego małego, blogowego świata widziałam i czytałam wiele. Jedne rzeczy zaskakują mnie z dnia na dzień, inne już przestały mnie zaskakiwać, ale to, co dziś chcę napisać, nie zaskakuje mnie — to mnie wkurwia i dziś uleję mi się, bo już po prostu muszę to z siebie wypluć, inaczej udławię się własną śliną, za długo trzymam to w buzi.

Pamiętam te pierwsze miesiące, gdy zaczynałam przygodę z blogowaniem. Nie ukrywam, nie było łatwo. Można by rzec, że raczkowałam bardziej, niżeli pisałam coś sensownego. Odkrywałam ten, jak się później okazało, wielki świat blogosfery. Nie potrafiłam dobrze sklecić zdań, nie wiedziałam, co tak naprawdę jest ważne i czy wypisywałam wszystko, co zainteresuje czytelnika w recenzji. Mój blog kosmetyczny przeszedł przez wiele faz, ciągle go docierałam, zmieniałam nazwy, szablony, loga. Wszystko po to, aby wiedzieć, gdzie najlepiej się czuję i co najlepiej to zobrazuje. Dziś mogę powiedzieć, że jestem w pełni zadowolona z tego, co sama wypracowałam, bez niczyjej pomocy.

Były to trudne początki, cztery lata temu blogowanie nie było jeszcze aż takie modne, nie było gówniarstwa i ich blogów rosnących jak grzyby po deszczu. Często bezsensowne blogi, pisane kilka miesięcy maksymalnie i zostawione na pastwę losu. 

Wracając do tematu, który chcę poruszyć. Nie było mi łatwo zdobyć pierwszych czytelników, więc oczywiście udostępniałam swój blog w prywatnym profilu na facebooku. Prosiłam czasem znajomych, aby zagłosowali mi w jakimś konkursie, czy zapisali się do stron z akcjami testerskimi, wiecie Streetcom i tak dalej. Odzew był nie wielki, olewano mnie, albo pisali mi rzeczy typu:


„Bawisz się w jakieś durne pisanie na internecie, weź sobie, daj spokój”


„I co to Ci da? I tak niczego nie dostaniesz”

„Nie bądź dziecinna, pisanie blogów jest dla dzieci, pisz sobie w pamiętniku”

Dziś, gdy osiągnęłam to, co mam, a firmy same do mnie piszą, otrzymuję całkiem inne wiadomości od tych samych właśnie znajomych, co sprzed czteroma latami pisały mi, że to dziecinada i nic mi z tego nie wyjdzie. Co do mnie piszą dzisiaj:
„Hej Gosia, skąd masz xxx? Nie załatwiłabyś też dla mnie?”


„Hej, założyłabyś mi bloga i powiedziała co zrobić, by dostawać takie rzeczy?”


„Cześć, widziałam, że masz wiele kosmetyków, mam teraz trudną sytuację, może nie dałabyś mi kilku, które masz na zbyciu?”

„Cześć, widziałam, że masz teraz kampanie i dostałaś do testowania dla znajomych xxx, możesz mi wysłać, trzymaj adres.....”

Przepraszam, ale z jakiej paki ja mam teraz zakładać blogi, wysyłać rzeczy, oddawać kosmetyki za to, że wcześniej kopali mnie po dupie i gnoili? Mówili, że mi się nie uda, a teraz chcą czegoś ode mnie? No chyba, kurwa, nie. Nie dam, nie założę, nie pomogę — spierdalaj. Sama do wszystkiego dochodziłam, do tego, co mam, sama budowałam relację z czytelnikami, pracowałam nad blogiem, staram się, aby był miejscem fajnym, rzetelnym i godnym zaufania, doskonaliłam się, a Ty, drogi znajomy lub znajomo, chcesz czegoś teraz ode mnie? Chyba sobie kpisz. Może jeszcze mam za Ciebie bloga pisać, wypełniać ankiety i odpisywać na maile?

To są cztery lata mojej ciężkiej pracy nad sobą i nad rozwijaniem samej siebie, nad udoskonalaniem własnego bloga i mnóstwo godzin spędzonych przy tym. Nie myśl więc, że od tak położę Ci na tacy całą recepturę. 


Możesz mnie pocałować tam, gdzie mnie miałaś, gdy zaczynałam blogować. Sajonara. 
To Twoja wina, RODZICU !

To Twoja wina, RODZICU !



Od jakiegoś czasu obserwuję zachowania rodziców i ich dzieci — nie to, że jestem idealną matką, bo wcale nią nie jestem, ale szlag mnie trafia, gdy widzę pewne zachowanie, do którego dojść nie powinno. Mowa o tym, że rodzice sami doprowadzają do tego, że ich dzieci uczą się łamania zasad i regulaminów. Po prostu mają w dupie to, czy dziecko postępuje dobrze, czy nie, bo pokazują, że można łamać ustalone zasady.
Jak nauczyć ADHD-owca wykonywać polecenia?

Jak nauczyć ADHD-owca wykonywać polecenia?


ADHD-owcy, a szczególnie ci, z zaburzeniem koncentracji mają problem w wykonywaniu obowiązków, które się im zaleci, a dzieje się to dlatego, że po prostu — najzwyklej na świecie nie mogą się skupić nad zadaniem.

U nas największym problemem jest sprzątnięcie pokoju, układanie ubrań w szafach według kategorii (spodnie ze spodniami, bluzki do bluzek itd.) i wszystkie inne organizacyjne sprawy. Mimo że rozumie polecenie, to wchodząc do pokoju, następuje wymazanie systemu i nie wie, co ma zrobić. I zwyczajnie wtedy nic nie robi, zajmuje się czymś innym.

Jak sobie z tym radzę?


Przede wszystkim skupiłam się na przekazie polecenia i tego, jaki daję komunikat. Zwykłe powiedzenie: „posprzątaj pokój” nie zda w tym przypadku egzaminu. Żaden ADHD-owiec, nie zrozumie tego, co chcesz mu przekazać, chociaż to bardzo proste dla Ciebie, to dla takiego dziecka, niestety już nie.

Należy patrzeć w oczy, aby być pewnym, że dziecko Cię słucha. Gdy jest potrzeba, połóż rękę na ramieniu. Musisz wiedzieć, co chcesz przekazać dziecku, muszą to być sprecyzowane oraz jasne przekazy. Jeżeli w pokoju leżą zabawki i ciuchy, nie możesz powiedzieć „Posprzątaj te zabawki i ciuchy”, bo nie zrozumie co i jak.

Przykład:
„Kochanie, ułóż zabawki do kufra”. Gdy dziecko wykona zadanie, musisz pochwalić za dobrze wykonanie zadania, a następnie zlecasz następne.
„Teraz proszę, ułóż ubrania do szafy. Spodnie do spodni, a bluzki do bluzek/ zanieś brudne ubrania do kosza w łazience".

ADHD-owiec nie będzie wiedział, co do końca ma zrobić, od czego zacząć, trzeba mu konkretnie powiedzieć, co po kolei ma zrobić, np. przełóż książki z biurka do szafki, zawieś kurtkę na wieszak itp.

Takie obrazowanie zadań znacznie pomoże w organizacji tego, co dziecko ma do wykonania i przede wszystkim nie nagradzaj dziecka, jeżeli nie sprawdzisz, czy wykonało zadanie — ponieważ obróci to przeciw Tobie i wykorzysta nieuwagę mamy.

Dla ADHD-owca zawsze najbardziej liczy się to, co jest od razu, dlatego korzystne dla niego będzie zdobycie nagrody (np. lizaka, coś słodkiego) natychmiast, z najmniej możliwym odwlekaniem i „męczeniem się". A to może mieć fatalne konsekwencje — notoryczne kłamstwa, z czym do tej pory się zmagamy (ale już w mniejszym stopniu), przez uprzednie nie stosowanie się do tych zasad, a to tylko dlatego, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, co jest jej potrzebne do motywacji.

Możecie stworzyć także, swoją tablicę nagród, o której już wspominałam. Za każde dobrze wykonane zadanie „+”, za nie wykonane „-” i ustanowić nagrodę za jakąś ilość plusów. Będzie to motywacja, do wykonywania zadań i dochodzenie do określonych celów.